Antoni Styrczula
Antoni Styrczula
11.02.2017 Bezpłatny

Przeszedłem Rubikon. Części I-V

Przeszedłem Rubikon. Części I-V

Wszystkie zdjęcia z archiwum autora.


I. Zdziwienie

                                                            7 grudnia 2016 - 5 lutego 2017, Sadowa

Kilka lat temu, w szpitalu przy Górczewskiej, spotkałem Marka (imię zmienione), znajomego z dawnych lat. Pracowaliśmy razem w Radiu Solidarność”. Potem nasze drogi zawodowe się rozeszły, choć te osobiste krzyżowały się wielokrotnie. Marek, w przykusej piżamie, stał przed budynkiem z papierosem w jednej dłoni, oparty drugą ręką na stojaku z kroplówką. Był blady i wychudzony, choć jak zawsze tryskał optymizmem. Trudno powiedzieć, czy udawanym, czy prawdziwym. Snuliśmy plany na przyszłość, że spotkamy się u mnie w domu. Pogadamy na tarasie przy dobrym piwku. Powspominamy, poplotkujemy. Choć bardzo się starałem dodać mu otuchy, wychodziło mi to kiepsko. Instynktownie czułem, że moje słowa, by walczył, by się trzymał, brzmiały banalnie. Bo niby z czym miał walczyć? Ze swoimi lękami, które paraliżują człowieka do tego stopnia, że zastyga jak kamień i nie jest w stanie myśleć, czuć i cokolwiek robić? Z obawami o najbliższych? Z samotnością będącą udziałem każdego, kto usłyszał diagnozę – rak? Z chorobą, która cię zżera, komórka po komórce? To, co wtedy mógł czuć i myśleć, zrozumiałem później, kiedy mnie samego to spotkało.

Zresztą to wojskowe” słownictwo opisujące człowieka w chorobie od dawna wydawało mi się dehumanizujące zarówno samego chorego, jak i proces leczenia. Według tej terminologii rak jest wrogiem”, z którym trzeba walczyć i najlepiej go pokonać. Każda terapia to broń”, a każdy etap leczenia to bitwa”. Choroba jest intruzem, obcym z zewnątrz, którego trzeba zniszczyć i wyeliminować. Tymczasem, według mnie, jest inaczej. Jest ona integralną częścią naszego życia. Jego brzydszym rewersem.

Z twarzy Marka odczytałem, że to moje gadanie do niego nie trafia. Myślami był gdzieś bardzo daleko. Pożegnaliśmy się więc obiecując sobie, że się wkrótce zdzwonimy. Tak się jednak nie stało. Jakiś czas później przeczytałem na Fb, że Marek odszedł. Jedyny materialny ślad, jaki mi po nim pozostał, to numer jego telefonu w mojej komórce, którego długi czas nie kasowałem. Wiele razy po tym spotkaniu pytałem siebie, co zrobię, jak mnie to samo co Marka spotka? Co będę czuł i myślał? Jak zareaguję na werdykt – rak?

Na ogół odpychałem takie myśli od siebie, choć, chorując od wielu lat na wirusowe zapalenie wątroby typu C, taki wariant powinienem brać pod uwagę. Na dodatek na WZW C przez długie lata nie było skutecznego leku, a sama choroba rozwija się bezobjawowo. Sam dowiedziałem się o tym przez przypadek pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Po rutynowym badaniu przed oddaniem krwi. Dlatego tak ważne w jej wczesnym wykryciu są badania na obecność przeciwciał wirusa, RNA HCV. Dzisiaj jest ono dostępne powszechnie i niedrogie.

Pierwszą szansą na wyleczenie była terapia interferonem i rybawiryną, którą mi zaaplikowano w 2001/2002 roku w szpitalu zakaźnym w Warszawie. Sympatyczny profesor wypisując mi skierowanie na leczenie powiedział wtedy: – Mam nadzieję, że będzie miał pan szczęście, bo skuteczność tego leczenia jest ok. 50-procentowa. Niestety, nie miałem tego szczęścia i 48 tygodni łażenia po ścianach”, jak je nazwałem, trafił szlag. A na dodatek terapia miała fatalne skutki uboczne: mdłości, napady depresji lub agresji itd.

Uczciwie muszę jednak przyznać, że podczas terapii i po niej nie żyłem zbyt higienicznie. Od czasu do czasu lubiłem bowiem napić się piwa. Zwłaszcza w długie, letnie wieczory patrząc na zachodzące nad Puszczą Kampinoską słońce. Przy tym schorzeniu zaś picie alkoholu jest niewskazane, a właściwie całkowicie zabronione. Wynikało to z mojej życiowej filozofii, że trzeba się cieszyć każdą chwilą życia wyciskając” z niej maksymalną radość. Powtarzałem sobie i znajomym, że lepiej krótko świecić niż długo kopcić”. Nie chciałem być zrzędą, zastanawiającym się nad każdą nieregularnością pulsu czy odchyleniem od normy wyników markerów wątrobowych AST-u i ALT- u. Kiedy nie było znaczących zmian, cieszyłem się jak dziecko, choć gdzieś, w tyle głowy, czaiła się myśl, że tak wiecznie nie będzie.

Potem, przez kilkanaście lat, szukałem alternatywnych metod leczenia WZW C. Kilka razy byłem w Indiach, szukając pomocy w szpitalach ayurvedyjskich. Ayurveda to starożytna hinduska medycyna, często krytykowana przez zachodnich lekarzy, oparta na leczeniu ziołami, wegetariańskiej diecie i zabiegach oczyszczających, takich jak… lewatywa. Były też chińskie i tybetańskie leki ziołowe przypominające wyglądem owcze bobki, a smakiem zakurzone cukierki ślazowe stosowane na kaszel.

Choć przypuszczałem, że mogły być nieskuteczne, sama świadomość, że coś robiłem dla poratowania zdrowia, podbudowywała mnie psychicznie, co w sumie było korzystne. Z drugiej strony dawało czasami niebezpieczną iluzję całkowitego wyzdrowienia. Taka jednak już jest ludzka psychika, że szuka jakiegoś punktu oparcia, jakiejś nadziei, która nadaje życiu chorego sens i nie pozwala zwariować. Dlatego z dużą wyrozumiałością podchodzę do poszukiwań alternatywnych terapii przez osoby przewlekle bądź nieuleczalnie chore. Często chodzi w nich o to, by mieć nadzieję, która nadaje sens ich życiu. Rozumiem jednak, że lekarze mogą nie podzielać mojego punktu widzenia wiedząc, ilu ludzi nie dało się uratować, bo zbyt późno podjęli właściwą terapię szukając niekonwencjonalnych sposobów.

W 2015 roku w Polsce na WZW C zostały dopuszczone dwa leki prawie w 100% skuteczne i wpisane przez NFZ na listę leków refundowanych. Już w grudniu 2015 roku zapisałem się na badania kwalifikujące na terapię. Przeszedłem je w styczniu 2016 r. Badanie USG nie wykazało wtedy istotnych zmian w wątrobie. Natomiast inne – fibroskanem, określiło stopień zwłóknienia wątroby na poziomie F3 w czterostopniowej skali. Należało zatem szybko rozpocząć terapię nowymi lekami, by nie dopuścić do marskości. Od tego momentu zaczął się wyścig z czasem, by znaleźć szpital, w którym mógłbym je dostać. Udało się to w warszawskim szpitalu klinicznym MSWiA. Już w kwietniu przyjąłem pierwsze tabletki Exviera-Viekirax z trwającej 3 miesiące terapii. Radość była niesamowita.

Planowaliśmy już z żoną, jak uczcimy dzień jej zakończenia, kiedy okaże się, że już nie mam wirusa. Z lekarką prowadzącą mnie podczas kuracji przekomarzałem się podczas badań kontrolnych, że wypiję na to konto ogromną butelkę szampana. – Może jeden kieliszek, nie więcej – studziła mój zapał. Jest jednak takie przysłowie: powiedz Bogu o swoich planach, to się uśmieje”. I tak było w moim przypadku. Nie wiem, co prawda, czy Bóg się uśmiał, ale mnie do śmiechu nie było. Terapia zakończyła się w czerwcu. Przebiegała bez większych problemów, jeśli nie liczyć okazjonalnych nudności. Tryskałem optymizmem i energią, tym bardziej że codziennie mogłem cieszyć wzrok widokiem kwitnących w moim ogrodzie rododendronów, które od lat pielęgnowałem i chroniłem zimą przed mrozami. Każde ich wiosenne przebudzenie sprawiało mi ogromną frajdę.

Procedura tego leczenia przewiduje końcowe badania krwi m.in. na obecność wirusa i – czego na skierowaniu nie dostrzegłem – markera AFP (alfa-fetoproteiny) oraz badanie USG jamy brzusznej. Sądziłem, że będzie to zwykła formalność utwierdzająca mnie w przekonaniu, że jestem całkowicie wyleczony, dlatego spokojnie czekałem. Pielęgniarka pobierająca krew powiedziała, że mam zadzwonić za dwa tygodnie, na początku lipca, czy wyniki już są do odbioru, jednak dopiero po dostarczeniu USG, które miałem wyznaczone na 12 lipca w przychodni przy Górczewskiej.

Nie wytrzymałem tak długo i zadzwoniłem przed ustalonym terminem na oddział hepatologii szpitala MSWiA. Wyniki już były, ale przez telefon nie chciano mi ich podać. – Dopiero jak pan przyniesie USG – poinformowano mnie. Wtedy jeszcze niczego nie przeczuwałem i nie podejrzewałem. Mówiłem sobie, pewnie procedura zabrania informowania pacjentów telefonicznie. Jadąc na Górczewską byłem spokojny, tym bardziej że – jak wspomniałem ­– styczniowe USG ze szpitala zakaźnego w Warszawie nie wykazywało istotnych zmian w wątrobie. Dziś sam już nie wiem, czy wówczas źle odczytano obraz USG.

Podczas badania na Górczewskiej nie zaniepokoił mnie nawet fakt, że trwało ono stosunkowo długo. Sympatyczna pani radiolog kazała mi wielokrotnie zmieniać pozycję ułożenia ciała. – A teraz proszę przewrócić się na lewy bok. Teraz na prawy – dyrygowała mną jak dzieckiem, przesuwając oślizgłą i zimną sondę po brzuchu. Posłusznie wykonywałem jej polecenia gapiąc się w sufit. Przez otwarte okno gabinetu docierał do mnie monotonny szum ulicy i śpiew ptaków. Chyba nawet się zdrzemnąłem. Po mniej więcej pół godzinie usłyszałem: – Proszę się ubrać. Wycierając brzuch z lepkiej mazi papierowym ręcznikiem wesoło zapytałem: – No i co, jest dobrze? Radiolożka gestem ręki pokazała mi, bym nic nie mówił, zajęta wypełnianiem opisu badania. Po chwili odrzekła: – No nie jest tak dobrze, ma pan czterocentymetrowy guz na wątrobie. Widząc moje zaskoczenie, próbowała mnie pocieszać, że może to być guz niezłośliwy. – Wie pan, nie możemy zakładać najgorszego – dodała, kiedy zamykałem już drzwi gabinetu. Wtedy, przez moment, przypomniałem sobie moje ostatnie spotkanie z Markiem.

Wyszedłem na korytarz i przekazałem żonie nie najlepsze wieści. Wręczając jej kartkę z opisem badania, powtórzyłem to, co mi powiedziała lekarka podkreślając, że może nie ma powodu do obaw. Może to tylko mięśniak. W drodze do domu pocieszaliśmy się tą myślą. Przecież to niemożliwe, mówiliśmy sobie, aby przez 6 miesięcy od ostatniego badania coś złego się w wątrobie zrobiło. Wyniki krwi też wtedy były w normie. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że nie były.

Po powrocie do domu położyłem się na tarasie i patrząc na przesuwające się po niebie obłoki zacząłem odmawiać modlitwę Jezusa”. Polega ona na skoordynowanym z oddechami rytmicznym powtarzaniu imienia Jezus. To starochrześcijańska modlitwa zapoczątkowana przez egipskich pustelników zwanych ojcami pustyni” w III wieku n.e. na półwyspie Synaj. Jest to modlitwa serca, a jej celem jest osiągnięcie całkowitego zjednoczenia z Bogiem. Odmawiam ją codziennie, a szczególnie w trudnych chwilach. Po mniej więcej 30 powtórzeniach zacząłem odczuwać wewnętrzny spokój i pewność, że cokolwiek się wydarzy, Bóg będzie za mną. Także ufność, że skoro dopuścił chorobę w moim życiu, da mi siły, by ją znosić, i mądrość, by ją właściwie wykorzystać. Nigdy się na niej nie zawiodłem.

Żona tymczasem surfowała w Internecie szukając informacji o możliwych wariantach choroby. Następnego dnia wczesnym rankiem pojechaliśmy samochodem na umówioną wizytę do szpitala MSWiA. Pielęgniarka od razu skierowała mnie na pierwsze piętro, do ordynatora oddziału hepatologii. W jego zastępstwie przyjęła nas inna lekarka. – Nie mam dla pana dobrych wieści – zaczęła patrząc na wyniki badań krwi i USG. – Według nas to pierwotny, złośliwy rak wątroby. I to dosyć duży guz, bo czterocentymetrowy. Potwierdzają to wskazania markera AFP, który u pana wynosi ponad 500, a przewidywana norma to 9 – stwierdziła. – Sugerujemy chirurgiczne usunięcie guza. Wypiszę panu skierowanie na cito” na oddział chirurgii ogólnej i transplantologii szpitala im. Dzieciątka Jezus przy Lindleya. Ale na pocieszenie mogę panu powiedzieć, że wirusa pan już nie ma – dodała.

Kiedy wypisywała skierowanie, miałem wrażenie, że oglądam jakiś film z sobą w roli głównej. Byłem jakby na zewnątrz tej sytuacji. Patrzyłem na swoje ręce, z trudem ukrywając drżenie. Wodziłem wzrokiem za długopisem lekarki wypisującej na druku moje nazwisko – Styrczula, i diagnozę – rak”. A poza tym nie wiedziałem, jakie będzie zakończenie tego filmu”. Spojrzałem na żonę i zobaczyłem w jej oczach lęk, troskę i miłość jednocześnie. Czasami jedno spojrzenie wystarczy, by wyrazić wszystko.

Do mnie jeszcze ten werdykt nie w pełni docierał, choć z drugiej strony poczułem ulgę, bo to, co najgorsze, już się wydarzyło i nie było już tej cholernej niepewności zżerającej człowieka od środka. Jeszcze tego samego dnia, w szpitalu przy Lindleya, dostałem skierowanie na tomografię komputerową, która miała dać pełny obraz zmian chorobowych, i umówiłem się z lekarzami na kolejną wizytę. Miała się ona odbyć po konsylium lekarzy trzech specjalności: chirurga, radiologa i onkologa, za mniej więcej dwa tygodnie. Wtedy mieli zaproponować sposób leczenia.

Nie ukrywam, że to oczekiwanie było dla mnie najgorsze. Nie mogłem uspokoić gonitwy myśli, które albo mnie dołowały, albo pozytywnie nastrajały. Nie pomagała modlitwa Jezusa ani ćwiczenia oddechowe. Każdego dnia od rana do wieczora huśtawka nastrojów i skrajnych emocji. Poza tym nigdy wcześniej nie czułem w takim stopniu, że jestem zbudowany z materii, narażonej nie tylko na ataki z zewnątrz, ale i ze swojego wnętrza. Dotarło do mnie, jak słabe i nietrwałe jest nasze ciało, o które często nie dbamy faszerując je używkami i śmieciowym jedzeniem. Jak krucha jest – mimo postępu technologicznego – ludzka egzystencja. Ten czas to była wielka lekcja pokory, jak niewielki wpływ mamy na to, jak nasze życie się ułoży.

Na wizytę jechałem już spokojny. Była krótka i rzeczowa. Zaczęła się od poinformowania mnie, że oprócz tego dużego guza mam jeszcze dwa mniejsze, o średnicy centymetra. Lekarze zaproponowali wycięcie tego dużego i termoablację pozostałych. Zapytali, czy się zgadzam. Odparłem, że tak. I w ten oto sposób 11 sierpnia spotkaliśmy się wszyscy w sali operacyjnej.

Jaki będzie ciąg dalszy? Tego nie wiem. Wszystkie opcje są możliwe. Przeszedłem swój Rubikon i albo wrócę z tarczą, albo na tarczy. Kiedy mnie pytają, jak to znoszę, odpowiadam, że rak jest też szansą, by na nowo ustawić hierarchię życiowych priorytetów. Dostrzec i zacząć realizować to, co dla nas ważne. Cieszyć się każdym dniem i drobnymi przyjemnościami, które on przynosi, bo już nie trzeba grać ról, które nas męczą.

Mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi. Będę o tym pisać. Może w ten sposób komuś pomogę?

II. Szansa

Po pierwszym opublikowaniu mego wyznania na blogu i na Facebooku otrzymałem mnóstwo życzeń i rad. Wśród życzeń najczęściej pojawiały się: będzie dobrze”, zdrowia” czy trzymam kciuki”. Były też i rady: bym się nie poddawał, bym się trzymał, bym zaufał Bogu itp. To w sumie sympatyczne, że obce mi osoby tak zareagowały i jestem im za to wdzięczny. To pokazuje jednak, jak ubogi jest ludzki język w wyrażaniu emocji bądź uczuć wobec ludzkich dramatów. Przynajmniej z punktu widzenia chorego, który funkcjonuje jakby w świecie równoległym do świata zdrowych. Sam z tym miewam kłopoty, bo nie chcę prawić komuś banałów.

W drugie święto Bożego Narodzenia byliśmy u kuzyna żony, u którego kilka miesięcy temu zdiagnozowano raka płuc. Ze względu na wiek, 78 lat, i obturacyjną chorobę płuc lekarze nie chcą podjąć się operacji. Ograniczyli się jedynie do radioterapii. Zobaczyłem zmęczonego i zrezygnowanego człowieka, który – czułem to intuicyjnie – żegna się powoli ze światem. Jeszcze próbował być jak dawniej dowcipny i zabawny, by po chwili zamilknąć. Wodził wtedy takim niewidzącym spojrzeniem po obrazach i zdjęciach córek wiszących na ścianach, a ja wyczuwałem toczącą się w nim walkę złości z miłością. Bo jak sam w pewnym momencie przyznał – jest zły na siebie, że tak wiele rzeczy odkładał na starość, a teraz, kiedy przyszła choroba, już ich nie zrealizuje”. Czy miałem mu wtedy powiedzieć, że wszystko będzie dobrze, że z tego wyjdzie? Przecież to kit, w który nawet sam nie wierzyłem, podobnie jak lekarze. Ograniczyłem się jedynie do męskiego uścisku dłoni na pożegnanie. Odpowiedział mi tym samym. Miałem takie wrażenie, że się już nie zobaczymy.

Często mnie pytają, jak się czuję? No, fizycznie nieźle. Po operacji polegającej na usunięciu lewego płata wątroby oraz termoablacji pozostałych guzów marker AFP spadł z ponad 500 do 5. Pozostał jeszcze jeden guz, którego lekarze nie potrafią zdiagnozować i obawiają się usunąć, bo jest położony niebezpiecznie blisko żyły wątrobowej. Mam więc co miesiąc sprawdzać poziom AFP i jeśli się podniesie, dać znać chirurgom, to zdecydują, co dalej robić, choć – jak sami powiedzieli na początku leczenia – przeszczep ani inne metody nie wchodzą w grę. Jedynie operacyjne.

Prowadzę działalność gospodarczą, więc muszę też – w miarę szybko – zorganizować sobie nowe zlecenia albo poszukać stałego zajęcia, bo przychody z tych, które mam obecnie, nie wystarczają na życie i pokrycie kosztów leczenia, które już poniosłem. Nie mówiąc o tych, które mogą się pojawić w przyszłości. Nie jest to ani proste, ani łatwe. Mam jednak nadzieję, że się uda.

Psychicznie też trzymam się w miarę dobrze, choć bywają takie chwile, kiedy mam doła”. Dopadają mnie wtedy jakieś irracjonalne lęki, jak ten, który czułem jako dziecko przechodząc wieczorem przez park w rodzinnym mieście. To nie jest strach, bo ten odnosi się do konkretnego zagrożenia. To rodzaj wszechogarniającej ciemności paraliżującej myśli, słowa i gesty, która podchodzi z wnętrza do gardła i sprawia, że tracę kontakt z rzeczywistością i wpadam w swego rodzaju stupor. Bolą mnie wtedy nawet słowa wypowiadane w mojej obecności, bo są jak igiełki lodu raniące do żywego zmysł słuchu.

Nie boję się jednak śmierci, bo nie traktuję choroby jak wroga, ale jak immanentną część ludzkiego pielgrzymowania na ziemi, które tak czy owak będzie kiedyś miało swój kres. Inna sprawa, kiedy to nastąpi. Nie mogę i nie powinienem tej myśli odrzucać, ale raczej chciałbym maksymalnie wykorzystać czas, który mi pozostał, na przygotowanie się na ten moment. To nie oznacza, że nakryję się prześcieradłem i będę powoli czołgać się na cmentarz. To byłby przejaw abnegacji i rozpaczy niezgodny z fundamentalnym przesłaniem chrześcijaństwa, by wierzyć Bogu w takich właśnie momentach. Właśnie wierzyć Bogu”, a nie wierzyć w Boga”. Dlatego mój umysł jest wolny i spokojny, bo Mu ufam. Cokolwiek przyniesie przyszłość. Wiem, to dar. Wielki dar, za który jestem Mu wdzięczny.

Choroba zamknęła wiele możliwości, ale też kilka nowych otworzyła. Choćby tę, że mogę o tym, co czuję i myślę, pisać – niezwiązany konwenansami czy stereotypami traktującymi raka jako dopust Boży. Jako życiową tragedię, a nie szansę, by zredefiniować sens własnego życia. By zrewidować niektóre opinie i poglądy, które stały się naszą drugą naturą, jak choćby obsesyjne – w kulturze Zachodu – przywiązanie do własnego ciała. Do tego, by było zdrowe, piękne, szczupłe i muskularne. Sam traciłem sporo czasu i pieniędzy, by takie mieć. Można rzec, utożsamiłem się z nim, mylnie rozumując, że tylko nim jestem.

Teraz, kiedy mój brzuch po operacji wygląda jak tatarski befsztyk, a na skórze pojawiły się plamy wątrobowe, stwierdziłem, jak błędne było to mniemanie. Przecież nie jestem wyłącznie workiem kości, mięśni i płynów ustrojowych, więc skąd to przywiązanie do ciała i jego wyglądu? Czy teraz, kiedy jest ono bardziej zwiotczałe i słabe, jestem mniej sobą? Przecież to nieprawda. Zawędrowałem onegdaj w Waranasi (Indie) nad ghaty, na których płonęły kremacyjne stosy. Czułem żar ognia trawiącego zwłoki i specyficzną woń palonego ludzkiego ciała zmieszaną z zapachem masła i nagietków. I właśnie wtedy zadałem sobie pytanie, kogo tak naprawdę opłakują krewni zmarłego, skoro z jego ciała pozostała zaledwie garstka popiołu? Dlaczego jesteśmy tak bardzo do niego przyzwyczajeni?

W życzeniach powrotu do zdrowia, które otrzymałem i za które jestem wdzięczny, wyczuwałem ten lęk przed śmiercią. Przed chwilą, która zawsze przerażała człowieka, że w jednym momencie zniknie jego ciało i to wszystko, do czego jest w życiu przywiązany: pieniądze, kariera, bliscy, przyjaciele itd. Zniknie wszystko, z czym się utożsamiał, a co nim nie było. To tak bardzo ludzkie uczucie. I nie mogę powiedzieć, że mi obce. Rzecz w tym, że nie może ono mnie paraliżować, ograniczać. I jeśli o cokolwiek teraz walczę” – używając tej wojskowej terminologii – to właśnie o to, żeby mnie ten lęk nie paraliżował, nie ograniczał. Bo jeden lęk rodzi następne.   

III. Bliskość

Jolanta i Antoni Styrczulowie.

Psychologowie mówią, że kiedy ktoś choruje, wraz z nim choruje cała rodzina”. Nie ma szkół, które uczą, jak się zachować, kiedy dowiadujemy się, że u najbliższej nam osoby zdiagnozowano raka lub inną, ciężką i przewlekłą chorobę.

Jedni robią dobrą minę do złej gry, powtarzając sobie i choremu (ale głównie sobie), że wszystko się jakoś ułoży. Takie banały, które chorego tylko jeszcze bardziej irytują, bo nie mają one nic wspólnego z pozytywnym myśleniem. Mnie one wyprowadzały wręcz z równowagi, bo wyczuwałem w nich fałsz i swego rodzaju bezradność emocjonalną skrywającą obawę i niepewność, jak w tej sytuacji się zachować i co powiedzieć. Niekiedy miałem ochotę wykrzyknąć: już nic lepiej nie mówcie”...

Inni zamykają się w sobie, co najczęściej skutkuje głęboką depresją. Jeszcze inni wybierają najlepszą – z mojego punktu widzenia – opcję, towarzyszą. To właśnie mnie spotkało. Bo to, czego oczekuje chory w takich chwilach, to bliskości. Niekoniecznie i nie zawsze fizycznej, ale przede wszystkim emocjonalnej. To dla bliskich cholernie trudne. Bo jak reagować, kiedy widzą ojca, syna lub męża wijącego się z niewyobrażalnego bólu. Kiedy każdą komórką swego ciała i duszy, wręcz fizycznie, czują ich cierpienie. Kiedy widzą w ich oczach to nieme pytanie – co ze mną będzie?”.

Czułem to, kiedy odchodził mój Tata. Wróciliśmy z długiego spaceru wokół Wyrzyska, mojego rodzinnego miasta. Idąc obok niego widziałem, jak się męczy. Słyszałem, z jakim trudem oddycha. Gdy doszliśmy już pod dom, przystanął i patrząc mi w oczy powiedział: p….ę, mam już tego dość”. Myślałem wtedy, że mi pęknie serce, bo w mojej pamięci miałem jego obraz jako silnego i energicznego mężczyzny. Górala z krwi i kości. Potem, kiedy już leżał na oddziale paliatywnym w szpitalu w Pile, dzwoniłem do niego codzienne. Nie rozmawialiśmy o chorobie, ale o tym, co danego dnia robiłem. Opowiadałem mu, jak jest w ogrodzie. Jak kwitną magnolie, rododendrony. Dzieliłem się wrażeniami ze swoich podróży. Takie pierdoły. Bo nie o treść tych rozmów chodziło, ale o to, że mogliśmy nawzajem usłyszeć swój głos. I poczuć przez moment, choć w tak ograniczony sposób, wzajemną bliskość. Od tamtej chwili już nie tyle modliłem się o zdrowie dla niego, ale o to, by mógł spokojnie i bezboleśnie odejść. Zmarł zresztą we śnie. Myślę, że w czasie swojej choroby właśnie tego potrzebował. By odczuwać moją bliskość. Ja zresztą też.

Od kiedy choruję na raka wątroby pomaga mi myśl, że jest ktoś, kto ze mną współodczuwa. Mój lęk, mój ból. Niekiedy wściekłość lub żal. Rozumie moje irracjonalne napady złości. Zawsze czułem emocjonalną i uczuciową bliskość mojej żony. Wiem, niekiedy było to ponad jej siły. Za dnia jeszcze jakoś dawała sobie radę, ale w nocy słyszałem jej płacz. Nigdy nie rozmawialiśmy o swoich emocjach. Mieliśmy je wypisane na twarzy. Choć starałem się panować nad tymi negatywnymi, one się jakoś jej udzielały. Napięcie, które powodowały między nami, było niekiedy tak silne, że musiałem wychodzić na taras lub do ogrodu, by się wewnętrznie uspokoić. Sama jednak świadomość, że blisko mnie jest ktoś, kto emanuje miłością i akceptuje mnie bezwarunkowo, dodawała mi otuchy i sił. Jest mi wsparciem każdego dnia.

To nie znaczy, że zawsze jest tak idyllicznie – o ile jest to właściwe określenie. Czasami, kiedy już ma dosyć mojego marudzenia lub pomstowania, słyszę: nie możesz się tak zachowywać, bo to mnie dołuje, to mnie rani”. Działa to na mnie jak kubeł zimnej wody i stawia do pionu. Uświadamia mi, że nie jestem pępkiem świata”, a choroba nie może być usprawiedliwieniem dla zachowań, które mogą zranić najbliższą mi osobę. Ja to nazywam temperowaniem egocentryzmu”.

Oczywiście, każda sytuacja, każdy przypadek są inne. Dlatego każdy musi znaleźć swoją drogę.

Wychodząc z naszych doświadczeń, napisałem 10 przykazań” dla tych, których najbliżsi zmagają się z rakiem.

  1. Bądź wsparciem, przede wszystkim emocjonalnym. Nie uciekaj w rozpacz.

  2. Zaakceptuj emocje. Swoje i chorego. Macie prawo do łez.

  3. Słuchaj i obserwuj. Jeśli czegoś nie wiesz, pytaj, nie zgaduj.

  4. Żyjcie tu i teraz. Cieszcie się każdą chwilą.

  5. Organizuj choremu i sobie drobne przyjemności. Na miarę swoich możliwości i potrzeb.

  6. Stawiaj choremu granice. Mów otwarcie o tym, co cię boli i rani w jego zachowaniu.

  7. Unikaj powtarzania banałów, np. że wszystko się ułoży”.

  8. Nie rozmawiaj w obecności najbliższego/najbliższej o jego chorobie czy stanie zdrowia z innymi. Jeśli musisz się wygadać, rób to dyskretnie.

  9. Jeśli wyrazi zgodę, towarzysz mu podczas wizyt u lekarzy lub badań, ale tylko pod tym warunkiem.

  10. Dbaj o siebie. O swoje zdrowie fizyczne lub psychiczne. Znajdź czas i sposób, by się zrelaksować. 

IV. Nadzieja

Kiedy już mogłem po operacji wychodzić ze szpitala, siadywałem na ławce przed budynkiem. Każdego dnia mijały mnie setki ludzi, którzy przyszli odwiedzić swoich bliskich. Obserwowałem, jak się zachowują. Niektórzy przez telefon komórkowy relacjonowali innym członkom rodziny stan najbliższych im osób. Często mówili podniesionym głosem, jakby sami siebie chcieli przekonać, że bliscy powrócą do zdrowia. Tak, tak, lekarze powiedzieli, że jest nadzieja” – wykrzykiwali na całą okolicę. Inni nerwowo palili jednego papierosa za drugim, wpatrzeni z rezygnacją w jeden punkt.

Często przysiadała się do mnie kobieta, której córka pod drugiej już operacji przeszczepu wątroby leżała na tym samym oddziale co ja. Mogła być w moim wieku. Pochodziła spod Kielc. W Warszawie pomieszkiwała u znajomych sióstr zakonnych, bo, jak stwierdziła, nie było jej stać na hotel. Przychodziła do córki codziennie, zaraz po rannym obchodzie, a wychodziła późnym popołudniem. Licząc średnio – osiem godzin każdego dnia. Na ogół nie rozmawialiśmy. Raz tylko, kiedy być może stwierdziła, że może mi zaufać, albo czuła potrzebę wygadania się, opowiedziała mi jej historię. Wie pan, ona ma dopiero dwadzieścia cztery lata i jest już po drugim przeszczepie wątroby. Pierwszy przeszczep jej organizm odrzucił. Przychodzę do niej każdego dnia, żeby ją podtrzymywać na duchu, bo często jest taka zrezygnowana. Nie chce jeść. Powtarza, że nie ma dla niej nadziei”. Opowiadała mi dalej, jak ją karmi i przekonuje, że nie wolno tracić nadziei, nawet w beznadziejnych – z pozoru – sytuacjach. Któregoś dnia zobaczyłem ją uśmiechniętą. Jak tylko mnie dostrzegła, krzyknęła: Wie pan, córka je i dobrze się czuje. Jest nadzieja, że wróci do zdrowia”.

Wtedy właśnie, w szpitalu im. Dzieciątka Jezus w Warszawie, doświadczyłem egzystencjalnie, czym jest nadzieja i czym może być jej brak. Jest ona tym słowem, które rozświetla mrok naszej egzystencji, zmniejsza niepewność jutra, łagodzi ból w chorobie. Sprawia, że, pomimo odczuwalnej kruchości ludzkiego życia i niepewności względem ludzi, zakochujemy się i dajemy życie nowej istocie. Czy gdybyśmy nie mieli nadziei, że nasze dziecko będzie zdrowe i powiedzie mu się w życiu, to powoływalibyśmy je na ten świat? To właśnie nadzieja motywuje nas do działania, że coś, co zaplanujemy, nam wyjdzie – inaczej trwalibyśmy w mroku rozpaczy, który jest niczym innym jak bez–nadzieją. Brakiem nadziei. Ona sprawia, że przykuty do łóżka chory decyduje się na bolesną często terapię, a lekarz na określony sposób leczenia. Obaj mają nadzieję, że one przywrócą mu zdrowie. Uczeń, który kuje po nocach, ma nadzieję, że jego wysiłek zaowocuje zdanym egzaminem. Bezrobotny ojciec, stojący w kolejce w pośredniaku, ma nadzieję, że znajdzie wreszcie pracę, która pozwoli mu na zapewnienie rodzinie utrzymania. Gdyby jej nie miał, co byłby wart jego wysiłek?

Jak pisał ks. prof. Józef Tischner: nadzieja wyrasta z jakiejś życiowej próby i jest na nią odpowiedzią”. Dopiero w chorobie to pojąłem. I właśnie dlatego, że wymaga pewnego wysiłku, jest zaprzeczeniem fatalistycznego pseudooptymizmu wyrażającego się w powiedzeniu: jakoś to będzie”. Jakoś, czyli jak? Kto lub co ma o tym zdecydować, co jest dla mnie dobre, a co nie? Jakim prawem ma o tym decydować? Nadzieja jest immanentnie związana z zaufaniem do kogoś i na niego skierowana. Z zawierzeniem komuś. To jest jej drugi aspekt. Personalistyczny. Dla jednych będzie to człowiek. Matka, ojciec, rodzeństwo, lekarz, przyjaciel itd.

Dla mnie, chrześcijanina, tym najważniejszym Kimś w czasie próby, jaką jest moja choroba, jest Bóg. Kiedy zwijałem się z bólu, po operacji, często zadawałem sobie pytanie, co to dla mnie znaczy, że Mu ufam, że pokładam w Nim nadzieję? Nie ogólnie, ale konkretnie, tu i teraz. Pytałem Go, jaki sens ma dla mnie choroba? Co dla mnie znaczy?

Odpowiedź znalazłem w cudownej scenie z Ewangelii św. Marka. (Mk.5) KiedyJezus był nad jeziorem, przyszedł do niego Jair, przełożony pobliskiej synagogi, którego córka dogorywała. Ujrzawszy Jezusa, upadł Mu do nóg i prosił Go, by tylko położył na niej ręce, by żyła i ocalała”. Zgromadzeni wokoło ludzie przekonywali go, że już nie warto, bo jego córka nie żyje, i wyśmiewali się z niego. Jezus zaś zapewnił Jaira i zgromadzonych ludzi, że dziecko nie umarło, tylko śpi. Pomimo drwin tłumu Jezus wszedł do domu Jaira i ująwszy dziewczynkę za rękę rzekł do niej: Talitha kum”, to znaczy: dziewczynko, mówię ci, wstań”. A dziewczynka natychmiast wstała i chodziła – sucho relacjonuje Ewangelista. Jair zawierzył Jezusowi w godzinie największej próby, choć jego nadzieja – po ludzku – wydaje się irracjonalna i pozbawiona podstaw.

Podobnie jak Jair, prosiłem Go o to, bym wyzdrowiał. Ale co będzie, jeśli On napisał dla mnie inny scenariusz? Miałem i mam nadal takie chwile, że i taki wariant należy brać pod uwagę. Takie jest bowiem życie. Odpowiedź, jaką uzyskałem, jest w sumie prosta. On nie pozwoli, by choć jeden włos spadł z mojej głowy bez Jego woli. A jeśli taka właśnie będzie Jego wola? No cóż, warto było choćby przez to przejść, by właśnie to zrozumieć. I o tym napisać. Przecież po Golgocie nastąpił niedzielny poranek Zmartwychwstania.

V. Być sobą

Wydaje mi się, że każdy ciężko chory człowiek powinien stworzyć styl dla swej choroby.
Anatole Broyard Upojony chorobą. Zapiski o życiu i śmierci”.

Nareszcie jesteś sobą, bo nie piszesz tylko o swoim raku – napisał w komentarzu znajomy z rodzinnego miasta pod jakimś moim durnawym wpisem na Fejsbuku, który umieściłem w czasie publikacji pierwszych czterech części Rubikonu”. W sumie nie byłem zdziwiony jego reakcją. Pozostałem w jego pamięci jako niefrasobliwy dzieciak biegający wraz z gromadą mu podobnych na niemiecką górę” oraz po otaczających Wyrzyska lasach i polach. Zapisał tę kliszę i patrzył teraz na mnie przez nią. Może podświadomie chciał, by te czasy powróciły... Czasy, kiedy śmierć czy choroba były dla nas czymś nierzeczywistym, odległym jak fatamorgana na pustyni.

Odpisałem mu wtedy jednym zdaniem, że zawsze staram się być sobą, a zwłaszcza w czasie, kiedy jest zagrożone moje życie. Bo chory ma wtedy dwa wyjścia: może tę wiedzę przyjąć albo się od niej odwrócić.

Ja wybrałem tę pierwszą opcję, bo chciałem wziąć chorobę niejako w posiadanie i żyć z nią na własnych warunkach. Napisać mój własny scenariusz. Nie w sensie przebiegu procesu chorobowego, bo na to nie mam wpływu i się na nim nie znam, ale w sensie sposobu jej doświadczania i opowiadania o tym. To tak jak z pisaniem książki. Subiektywne przeżywanie choroby musi mieć naszą własną, indywidualną narrację. I to jest moim zadaniem. Pisać o chorobie tak jak o podróży do jakiegoś nieznanego mi miejsca. Podróży pełnej niespodzianek, zwrotów akcji, nie znanych wcześniej krajobrazów, smaków i zapachów. Opisywać w innym zupełnie świetle i z innej perspektywy miejsca, krajobrazy i doświadczenia, których doznawałem kiedyś jako zdrowy, a obecnie jako chory. Którego czas klepnął po ramieniu, mówiąc – żyj tak, jakby każdy przeżyty dzień był twoim ostatnim”.

Pamiętam to uczucie po operacji. Kiedy mogłem już zjeść normalny posiłek. Nic szczególnego. Zwykłe szpitalne jedzenie. Parę plasterków szynki, kilka kromek chleba, liść sałaty. Kiedyś nie wierzyłem, że może to być najwspanialsze jedzenie w dziejach świata. A jednak wtedy było.

Bycie sobą w tej podróży to również dojmujące odczucie samotności. Bo choć choroba jest przede wszystkim scenicznym dramatem, grającemu w nim aktorowi widownia do niczego nie jest potrzebna. Bo widownia, nawet jeśli siedzi w fotelach i z wypiekami na twarzy obserwuje rozgrywający się na scenie dramat, to i tak niewiele jest w stanie z tej gry” pojąć. Bo czegóż ona oczekuje? Na ogół tego, by chory dramatyzował, przybierał poważne pozy, przestał żartować i śmiać się. A aktor” ma ochotę zrobić fikołka, pokazać goły tyłek, zerwać z wszelkimi konwenansami, zakosztować zakazanego owocu i, mało tego, jeszcze się tym publicznie pochwalić.

Anatole Broyard napisał w swojej cudownej książce Upojony chorobą. Zapiski o życiu i śmierci”, że choroba niesamowicie podnosi poziom adrenaliny, wyostrza wszystkie zmysły, przez co spełnienie najzwyklejszej potrzeby fizjologicznej może być porównywane z niemal mistycznym doświadczeniem. Dla widowni takie stwierdzenie jest skandaliczne, niemal obrazoburcze. Bo – jej zdaniem – cóż pięknego i wzniosłego może być w zjedzeniu kromki chleba ze smalcem czy krótkim spacerze pomiędzy szpitalnym łóżkiem a kiblem? A chory w takich chwilach odczuwa każdą komórką swego ciała wręcz fizjologiczną radość, że wciąż funkcjonuje, wciąż żyje. I chce to wykrzyczeć całemu światu na swój indywidualny sposób.

Dlatego, kiedy pytają mnie ostatnio, jak traktować chorobę, odpowiadam – jeśli jesteście w stanie, nie traktujcie jej jak wroga, ale starajcie się z nią żyć na swoich własnych warunkach. Leczcie ją, ale też potraktujcie ją jako szansę na ponowne odkrycie tego, o czym zapomnieliście lub nie chcieliście pamiętać. Jak choćby tej banalnej prawdy, że życie składa się z krótkich, ulotnych chwil, których nie można marnować. Radość można odnaleźć w każdej z nich. I bez różnicy, czy będzie nią delektowanie się zapachem świeżo zmielonej kawy o poranku, przebłysk słońca zza chmur, czy te kilka kroków między łóżkiem a kiblem. Odkryjcie na nowo szczęście, jakie może dawać dotyk czy uśmiech bliskich wam osób. Nawet ich łzy. Bo to znaczy, że jest ktoś na świecie, kto was kocha, kto wam współczuje, kto o was się martwi.

Nie odwracajcie się od wiedzy, że wasze życie jest zagrożone. Bo, paradoksalnie, ta wiedza może was wzmocnić i otworzyć przed wami takie miejsca, do których w normalnym stanie balibyście się wejść. Takie miejsca, gdzie w ciszy i samotności musicie siebie zapytać – kim jestem? co ze swoją chorobą zamierzam zrobić?”. Bo na ogół ludzie pytają – dlaczego zachorowałem? Kto ponosi za to odpowiedzialność?”.

Pamiętam taki moment, kiedy przeglądając w komputerze zdjęcia z podróży przez głowę przeszła mi myśl: ile jeszcze ich odbędę, ile czasu mi zostało? Po chwili stwierdziłem, że zadawanie takich pytań nie ma sensu, bo przecież nikt tego nie wie. No chyba tylko Bóg... Lepiej zapytać – jak lepiej i pełniej żyć? Co zmienić? Co poprawić?

To nie jest łatwe doświadczenie. Bo jednocześnie trzeba się zmagać z paraliżującym strachem, że zdjęcia z podróży w komputerze mogą być właśnie tymi ostatnimi. Warto jednak przynajmniej podjąć to wyzwanie i spróbować. Ja każdego dnia próbuję.  

Warto też przeczytać Stoicyzm powraca. W wielkim stylu Piotra Stankiewicza.

Chociaż teksty na naszym portalu są płatne, ten dostępny jest za darmo. Natomiast w pomagam.pl możesz wpłacić na leczenie autora.


Spodobał Ci się ten artykuł?
Wejdź na Webnalist.com i czytaj pozostałe. Dziękujemy!
Podziel się Udostępnij

Masz już konto? Zaloguj się

Za przeczytane artykuły
płacisz grosze
Dostajesz 2 zł na przeczytanie
kilkunastu tekstów
Oddajemy pieniądze, jeśli tekst Cię rozczarował
Oplaty za teksty są wynagrodzeniem autorów

Już teraz publikuje u nas ponad 30 autorów.
Ta liczba ciągle się powiększa

Michał Matys - Autor Webnalist Michał Matys
Jacek Dehnel - Autor Webnalist Jacek Dehnel
Karol W. Małcużyński - Autor Webnalist Karol W. Małcużyński
Michał Okoński - Autor Webnalist Michał Okoński
Paweł Wimmer - Autor Webnalist Paweł Wimmer
Andrzej Bober - Autor Webnalist Andrzej Bober
Andrzej Fedorowicz - Autor Webnalist Andrzej Fedorowicz
Katarzyna Bzowska - Autor Webnalist Katarzyna Bzowska
Piotr Ibrahim Kalwas - Autor Webnalist Piotr Ibrahim Kalwas
Paweł Spodenkiewicz - Autor Webnalist Paweł Spodenkiewicz
Emilia Stankiewicz - Autor Webnalist Emilia Stankiewicz
Konstanty Gebert - Autor Webnalist Konstanty Gebert
Robert Bogdański - Autor Webnalist Robert Bogdański
Andrzej Titkow - Autor Webnalist Andrzej Titkow
Karolina Apiecionek - Autor Webnalist Karolina Apiecionek
Witold Janczys - Autor Webnalist Witold Janczys
Marzenna Nowakowska - Autor Webnalist Marzenna Nowakowska
Irena Fedorowicz - Autor Webnalist Irena Fedorowicz
Aneta Radziejowska - Autor Webnalist Aneta Radziejowska
Alina Białkowska-Gużyńska - Autor Webnalist Alina Białkowska-Gużyńska
Andrzej Hennel - Autor Webnalist Andrzej Hennel
Awa Miśkiewicz - Autor Webnalist Awa Miśkiewicz
Antoni Pawlak - Autor Webnalist Antoni Pawlak
Tomasz Matkowski - Autor Webnalist Tomasz Matkowski
Krzysztof Iszkowski - Autor Webnalist Krzysztof Iszkowski
Paweł Adam Nassalski - Autor Webnalist Paweł Adam Nassalski
Piotr Piętak - Autor Webnalist Piotr Piętak
Rafał Szymczak - Autor Webnalist Rafał Szymczak
Mateusz Mazzini - Autor Webnalist Mateusz Mazzini
Witold Repetowicz - Autor Webnalist Witold Repetowicz
Agnieszka Janas - Autor Webnalist Agnieszka Janas
Andrzej Walentek - Autor Webnalist Andrzej Walentek
Andrzej Godlewski - Autor Webnalist Andrzej Godlewski
Dorota Rusek - Autor Webnalist Dorota Rusek
Piotr Stankiewicz - Autor Webnalist Piotr Stankiewicz
Bartosz Klimas - Autor Webnalist Bartosz Klimas
Antoni Styrczula - Autor Webnalist Antoni Styrczula
Elżbieta Zdanowska - Autor Webnalist Elżbieta Zdanowska
AKCENT - Autor Webnalist AKCENT
Anna Hall - Autor Webnalist Anna Hall
Webnalist icon Czytając nasze teksty, wspierasz znakomitych autorów.
Webnalist

Drogi Czytelniku, droga Czytelniczko...

jeśli dotarliście do tego miejsca, to znaczy że pasujecie do naszej społeczności ludzi, którzy potrafią docenić wartościowe teksty. Jesteśmy na początku naszej drogi, ale wierzymy, że wspólnie zrobimy coś dobrego dla dziennikarstwa w Polsce.

Webnalist
Dołącz do społeczności zwolenników dobrego dziennikarstwa.